Droga do wolności / Path to freedom
PL
Dyscyplina równa się wolności?
Przypomniało mi się hasło, które lubił często powtarzać Jocko Willink, dawniej amerykański Navy Seal, obecnie twórca podcastu, mówca, autor książek... Człowiek, który pomimo swoich lat nieustannie utrzymuje swoje ciało i umysł w formie (i to jakiej!). Hasło to brzmi: Dyscyplina równa się wolności. Piszę „lubił” w czasie przeszłym, jedynie dlatego, że dość dużo czasu minęło od kiedy ostatni raz słuchałem jego podcastu, ale zakładam że jego stanowisko się nie zmieniło.
W tym krótkim wpisie chcę jedynie zawrzeć jedną myśl. Dyscyplina nie równa się wolności, lecz jest świetną do niej drogą, jeśli znajdujemy się na niższym szczeblu takiej (zwizualizujmy to sobie w ten sposób) drabiny do wolności.
Co mam na myśli. Całkowitą wolnością moglibyśmy się cieszyć przy zachowaniu dwóch warunków (tak mi się wydaje): Wiedzy o tym jak postąpić dobrze w każdym momencie i umiejętności postąpienia zawsze zgodnie z tą wiedzą lub jej wbrew. Wtedy i tylko wtedy mielibyśmy całkowitą wolność postąpienia dobrze lub nie w każdym momencie, wg własnej woli. Im dalej jesteśmy od tego ideału, tym dalej od wolności. Łatwo można więc wyszczególnić przykładowe stopnie i uszeregować je hierarchicznie. Np człowiek zdyscyplinowany stanie wyżej na drabinie, niż człowiek niezdyscyplinowany. Choć obaj nie mają pełnego wyboru, jednak ten potrafiący zmusić się do czynienia tak, jak tego chce, a nie jak dyktują mu okoliczności i zachcianki ciała, częściej potrafi wybrać sam swoją ścieżkę. Spośród tych, którym dyscypliny brakuje, wyżej stanie ten, kto potrafi zaczerpnąć motywacji do słusznego działania od innych. Czy to z cudzego wsparcia, czy przykazu który słusznie jest skierowany do tej osoby. Ten drugi, który i tego nie potrafi, skazany jest znacznie częściej na złe wybory, które szybko usidlają człowieka w pułapkach, gdzie wyboru już żadnego nie ma. Nie mając żadnego oparcia ani w dyscyplinie wewnętrznej, ani zewnętrznej zderza się człowiek już tylko z bezpośrednimi konsekwencjami złych wyborów ze strony rzeczywistości. Najniższym rozróżnieniem byłoby więc jeszcze takie na tego, który z tego zderzenia z rzeczywistością wyciągnie ostatecznie wystarczająco motywacji i siły, by faktycznie zacząć podejmować własne decyzje i tego, który na tym polu przegra i postąpi w jedyny sposób, jaki mu pozostanie - niezgodnie z własną wolą, a niesiony prądem, cudzymi decyzjami i niskimi instynktami ciała. A w drugą stronę patrząc powyżej człowieka zdyscyplinowanego? Tam umieściłbym kolejne stadia człowieka, który z coraz większą lekkością potrafi zrobić, to co powinien i jednocześnie coraz lepiej rozumiejąc właściwą drogę za każdym razem sam wybiera.
Dlaczego rozumiemy wolność wprost przeciwnie
Być może, tak samo jak ja, wychowaliście się w przekonaniu, że wolność nasza definiuje się raczej poprzez brak ograniczenia naszego wyboru przez czynniki zewnętrzne, tzn wolni jesteśmy, gdy każdy nasz czyn jest możliwy i żaden nie przyniesie nam negatywnych konsekwencji, a co najmniej negatywnych konsekwencji w postaci ograniczenia naszej wolności. Przy takiej definicji szybko zauważamy, że nie tylko wolność naszą ogranicza wolność każdego innego człowieka, lecz i w ogóle każdej rzeczy, a właściwie wolność naszą ograniczają same prawa rządzące rzeczywistością. Nigdy nie będziemy prawdziwie wolni! Jak się wyłamać z tego więzienia?!
Po poczynieniu takiej konstatacji i przy zachowaniu tej definicji najpewniej zaczniemy dążyć więc do poszerzania swojej tak rozumianej wolności kosztem cudzej. Swoją wolność zaś najpewniej zaczniemy wykorzystywać dla spełniania niskich zachcianek. Piszę „najpewniej”, bo taką korelację widzę, tak to rozumiem. Wybaczcie, jeśli czegoś nie dostrzegam i nie czytajcie tego, jakbym sądził, że zjadłem wszystkie rozumy. Piszę myśląc, myślę pisząc, roztrząsam sprawę. Dla uspokojenia dodam, że wcale nie stawiam wysoko na tej wyobrażonej drabinie własnej osoby, o nie...
Pójdę nawet dalej za tą myślą. To odwrócenie widzenia kwestii wolności wynika z wszechobecnego zinfantylizowania społeczeństw rozwiniętych. Jesteśmy zwyczajnie rozpieszczeni do tego stopnia, że szczytem wolności wydaje nam się możliwość zrobienia na przekór i zjedzenia czekoladki, choć ta wcale nam nie posłuży. Dyscyplina jawi nam się z naszego wspólnego, uśrednionego tak nisko punktu widzenia, jako przykra konieczność, potrzebna tylko do tego, by nie potykać się o własne błędy, o skutki swojego postępowania. Chcielibyśmy się i tej dyscypliny pozbyć, ale „niestety” na razie musimy ją pozostawić z braku lepszych możliwości ucieczki, tak ucieczki do tej naszej błędnie pojmowanej wolności. A do wolności się nie ucieka, nie zostawia, nie łamie zasad, nie biegnie w dół, ale idzie pod górę, w stronę światła, zasad się uczy, przyłącza się do tego co dobre. Dopóki tego nie rozumiemy, ludzie pokroju Jocko Willinka wydają się prawić nonsensy, my tam wiemy lepiej (siedząc na kanapie i objadając się czipsami, ale gdybyśmy tylko chcieli...). I dlatego wciąż i wciąż się potykamy. Bo ostatecznie nie wierzymy nawet w tę dyscyplinę. Niby ją stosujemy, ale tylko dopóki starczy opanowania, dopóki nie puszczą hamulce, bo przecież ostatecznie liczy się moja wygoda, moja racja, moje dobro, moja wolność... kosztem wszystkich innych.
Prawdziwa droga do wolności
Droga do wolności wiedzie przez skruchę, przez pokorę, przez miłość i przez ofiarę.
Ale dyscyplina nie zawadzi na tym etapie, nie zawadzi.
EN
Does discipline equal freedom?
I was reminded of a motto that Jocko Willink, a former U.S. Navy SEAL and now a podcaster, speaker, and author, liked to repeat often... A man who, despite his age, constantly keeps his body and mind in shape (and what shape!). The motto goes: Discipline equals freedom. I write “used to” in the past tense only because quite some time has passed since I last listened to his podcast, but I assume his stance hasn’t changed.
In this short post, I just want to share one thought. Discipline does not equal freedom, but it is a great path to it if we find ourselves on a lower rung of this (let’s visualize it this way) ladder to freedom.
What I mean is this: We could enjoy complete freedom if two conditions were met (or so it seems to me): the knowledge of how to act rightly at every moment, and the ability to act in accordance with that knowledge—or against it—at all times. Then, and only then, would we have complete freedom to act rightly or wrongly at every moment, according to our own will. The further we are from this ideal, the further we are from freedom. It is therefore easy to list examples of degrees and rank them hierarchically. For example, a disciplined person will stand higher on the ladder than an undisciplined person. Although neither has complete freedom of choice, the one who can force themselves to act as they wish—rather than as dictated by circumstances or the body’s whims—is more often able to choose their own path. Among those who lack discipline, the one who can draw motivation for right action from others will rank higher. Whether through someone else’s support or a command rightly directed at that person. The other, who cannot even do this, is far more often doomed to make bad choices that quickly ensnare a person in traps where there is no choice left. With no support to be found in either internal or external discipline, a person is left to face only the direct consequences of their poor choices as reality unfolds. The most basic distinction, then, would be between those who ultimately draw enough motivation and strength from this clash with reality to actually begin making their own decisions, and those who lose in this struggle and act in the only way left to them—not according to their own will, but carried along by the current, by others’ decisions and the base instincts of the body. And looking the other way, above the disciplined person? There I would place the subsequent stages of a person who, with increasing ease, is able to do what they should and, at the same time, with a growing understanding of the right path, chooses it for themselves each time.
Why do we understand freedom in exactly the opposite way?
Perhaps, just like me, you were raised with the belief that our freedom is defined rather by the absence of restrictions on our choices imposed by external factors—that is, we are free when every action we take is possible and none will bring us negative consequences, or at least negative consequences in the form of restrictions on our freedom. With such a definition, we quickly realize that our freedom is limited not only by the freedom of every other person, but also by the freedom of every single thing—indeed, our freedom is limited by the very laws governing reality. We will never be truly free! How can we break out of this prison?!
Having made this observation and adhering to this definition, we will most likely begin to seek to expand our freedom—as understood in this way—at the expense of others’. And we will most likely begin to use our freedom to satisfy base desires. I write “most likely” because that is the correlation I see; that is how I understand it. Forgive me if I’m missing something, and please don’t read this as if I think I know it all. I write as I think, I think as I write, I ponder the matter. To reassure you, I’ll add that I don’t place myself very high on this imaginary ladder, oh no...
I’ll take this line of thought even further. This reversal of how we view freedom stems from the pervasive infantilization of developed societies. We are simply so spoiled that the pinnacle of freedom seems to us to be the ability to do against and eat a piece of chocolate, even though it won’t do us any good. From our shared, so-low-level perspective, discipline appears to us as an unpleasant necessity, needed only to avoid stumbling over our own mistakes, over the consequences of our actions. We would like to get rid of this discipline as well, but “unfortunately” for now we must leave it behind for lack of better means of escape—that is, escape to our mistakenly understood freedom. But one does not escape to freedom; one does not abandon, break the rules, or run downhill—but rather walks uphill, toward the light, learns the rules, and aligns oneself with what is good. Until we understand this, people like Jocko Willink seem to be spouting nonsense; we know better (sitting on the couch and stuffing ourselves with chips, but if only we wanted to...). And that is why we keep stumbling over and over again. Because ultimately, we don’t even believe in that discipline. We pretend to follow it, but only as long as we have the self-control, until the brakes give out, because after all, what really matters is my comfort, my way, my well-being, my freedom... at the expense of everyone else.
The True Path to Freedom
The path to freedom leads through repentance, humility, love, and sacrifice.
But discipline won’t hurt at this stage, it won’t hurt.
_____