Bez szumu / Without noise


PL


Dzień prawie bez mediów (pseudo-) społecznościowych, bez ustawicznego sprawdzania, scrollowania, odpisywania. Bez dziesiątek niepotrzebnych małych decyzji, małych przegranych na polu walki o skupienie, celowość działania, moc i głębię myślenia na temat (jakiś jeden temat, zamiast ciągłego rozproszenia). Spędziłem taki dzień w niedzielę, skupiając się na rodzinie i znajomych. Spędziłem taki dzień i w tygodniu, pracując fizycznie poza domem. W oba te dni „kliknąłem” wprawdzie kilka razy, poscrollowałem może w sumie dziesięć minut każdego dnia, odpowiedziałem na kilka wpisów, czy komentarzy, ale mam poczucie, że to właśnie przy tej ilości interakcji w internecie utrzymałem dokładnie zdrowy balans między życiem, a „życiem online”, przy którym nie zatracam energii, dziennego potencjału, który mogę wykorzystać do zrobienia czegoś wartościowego, nawet tak małego, jak zastanowienie się nad własnym odruchem w jakiejś sytuacji i poprawienie się, wiele wiele razy w ciągu dnia. Nie mówiąc o rzeczach większych, o kreatywności. Po prostu starcza mi na to mojej uwagi, starcza czasu i energii. A więc znów, powrót do myślenia o ludzkim wymiarze, powrót starań do przebywania w nim w jak największym stopniu.



Cała trudność polega na tym, by utrzymać ten stan, gdy pracuję w samotności i potrzebuję sztucznie dodać sobie wrażenia obcowania z innymi ludźmi. Włączam więc muzykę, podcast, radio... Ale chęć interakcji jest silniejsza, szukam jej na mediach (pseudo-) społecznościowych i tak zaczyna się ta gra w ciuciubabkę, gra o moją uwagę, w której zawsze przegrywam, bo zawsze w rezultacie tracę mniej lub więcej: Czasu na coś, co nie było dla mnie ważne, energii na coś na co szkoda mi energii.


Tylko, żebyście nie pomyśleli, że ja te interakcje w internecie uważam za złe jako takie. Nie, nie o to chodzi. Chodzi jedynie o właściwy na nie czas i właściwe proporcje czasu spędzanego na nich i na tym, co bliżej mnie, bardziej realne i bardziej potrzebne. Chodzi o mój własny, osobisty problem z wydzieleniem takiego właściwego czasu. Dodając przedrostek pseudo- w terminie „media społecznościowe”, nie wyrażam zaś negatywnego stosunku do ludzi, a jedynie swoje zdanie o sensowności nazywania takiego poziomu więzi międzyludzkich „społecznością”. Uważam, że do faktycznej społeczności temu daleko przy takim oderwaniu od fizyczności. Stąd zresztą niejednokrotnie już podejmowałem próby spotkania osób, które znam jedynie jako awatary ze świata wirtualnego, co kilka razy już się udało i mam nadzieję, że uda się jeszcze nie raz. Same interakcje uważam za wartościowe, a możliwość takiego spotkania online osób, których w żaden sposób inaczej nigdy nie spotkałbym na swojej drodze, to błogosławieństwo (które jedynie trzeba umieć prawidłowo przyjąć). Natomiast więzi jedynie mogą być podtrzymywane w internecie, ale zawsze powoli słabną (lub słabnie ich wielowymiarowość, ich prawdziwość, bo same więzi mogą trwać długimi latami, jedynie być cieniem prawidziwych więzi międzyludzkich). Więzi zaś powstają i zacieśniają się w prawdziwym życiu. Media społecznościowe powinny więc pozostać wtórne, mają ułatwiać powstawanie więzi, mają podtrzymywać te istniejące. Gdy zamiast tego stają się miejscem pobudzania mózgu setkami małych zastrzyków dopaminowych, wtedy sprawy są postawione na głowie a bytność online przeszkadza, zamiast pomagać.


EN


A day almost without (pseudo-) social media, without constantly checking, scrolling, replying. Without dozens of unnecessary small decisions, small losses in the battle for focus, purposefulness, power, and depth of thought on a topic (one topic, instead of constant distraction). I spent such a day on Sunday, focusing on family and friends. I spent such a day during the week, working physically outside the home. On both days, I did “click” a few times, scrolled for maybe a total of ten minutes each day, replied to a few posts or comments, but I feel that it is with this amount of interaction on the internet that I have maintained a healthy balance between my life and my “online life,” where I don't lose my energy, my daily potential, which I can use to do something worthwhile, even something as small as reflecting on my own reaction in a situation and improving myself, many, many times throughout the day. Not to mention bigger things, like creativity. I simply have enough attention, time, and energy for that. So again, a return to thinking about the human dimension, a return to striving to be in it as much as possible.



The whole difficulty lies in maintaining this state when I work alone and need to artificially add the sensation of interacting with other people. So I turn on music, a podcast, the radio... But the desire for interaction is stronger, I look for it on (pseudo-) social media, and so begins this game of blind man's buff, a game for my attention, in which I always lose, because I always end up losing more or less: Time for something that wasn't important to me, energy for something that I don't want to waste my energy on.


Just so you don't think that I consider these interactions on the internet to be bad as such. No, that's not the point. It's just about the right time for them and the right balance between the time spent on them and what is closer to me, more real and more necessary. It's about my own personal problem with allocating the right amount of time. By adding the prefix “pseudo-” to the term “social media,” I am not expressing a negative attitude towards people, but only my opinion on the appropriateness of calling this level of interpersonal connection a “community” (as it is called on social media). I believe that it is far from a real community when it is so detached from physicality. That is why I have made several attempts to meet people I only know as avatars from the virtual world, which has been successful a few times, and I hope it will be successful again. I consider the interactions themselves to be valuable, and the opportunity to meet online people whom I would never otherwise have met is a blessing (which one just needs to know how to accept properly). However, bonds can only be maintained on the internet, but they always slowly weaken (or their multidimensionality and authenticity diminish, because the bonds themselves can last for many years, but are only a shadow of genuine interpersonal bonds). Bonds are formed and strengthened in real life. Social media should therefore remain secondary, facilitating the formation of bonds and maintaining existing ones. When, instead, they become a place where the brain is stimulated by hundreds of small dopamine injections, then things are turned upside down and being online becomes a hindrance rather than a help.



_____